Najnowsze komentarze
 
2012-01-04 16:38
~~mimi do wpisu:
Bankowego naciągania c.d., czyli krajowa zagranica banku BPH
GETIN też patrzy jakby tylko naciągnąć klientów a potem jak się dopominają o swoje traktuje ich[...]
 
2011-10-14 15:51
www.burowianka.pl do wpisu:
Autostradowy absurd stulecia
Kraków Balice - NOCLEGI blisko lotniska . www.burowianka.pl Transfer z lub na lotnisko GRATIS .
 
2011-09-05 20:10
twr do wpisu:
Autostradowy absurd stulecia
trolu, jakbyś zapłacił też za wybudowanie autostrady to se jeździj ale niestety autostrady[...]


O mnie
 
Krzysztof Bramorski, radca prawny, partner zarządzający Kancelarii BSO - Prawo & Podatki we Wrocławiu www.bramorski.pl


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 



Ulubione blogi
 


O prawie i nie tylko

Krzysztof Bramorski

2010-10-04 01:13
 Oceń wpis
   

Jak donosi finansowy dodatek "Rzepy" z ostatniego czwartku, Polska Izba Ubezpieczeń we współpracy z KNF wydała wytyczne precyzujące, kiedy można skorzystać z prawa do wynajęcia samochodu zastępczego na koszt ubezpieczyciela sprawcy wypadku drogowego. Postęp to spory, bo jeszcze ok. 10 lat temu kierowca zgłaszający podobne roszczenia traktowany był jak przybysz z obcej planety zwanej EKSTRAWAGANCJA. Później poszczególni ubezpieczyciele krok po kroku przełamywali się, jednak najczęściej próbowali ograniczyć ewentualne koncesje jedynie do firm oraz osób wykorzystujących samochód do prowadzenia działalności gospodarczej. Dziś czytając wytyczne nadal odnoszę wrażenie, że PIU chciałaby jednak mimo wszystko zrobić dobrze ubezpieczycielom, którzy z kolei chcieliby być "tak trochę w ciąży"... Tymczasem jajeczko raczej nie może być tylko częściowo nieświeże...

Skąd taka konstatacja? Ano stąd, że oto samochód teraz na koszt sprawcy wypadku niby ma przysługiwać, ale... I o to ale właśnie chodzi.

Pierwsze i najważniejsze "ale" to to, że znowu preferencje zdają się otrzymywać przedsiębiorcy (ciekawe czy dlatego, że oni zwykle nie patyczkują się, tylko zlecają sprawę prawnikom, którzy zwykle szybko stawiają ubezpieczycieli do pionu...?) Zwykli śmiertelnicy będą musieli udowodnić, że swoich potrzeb życiowych (zwanych uroczo "konsumpcyjnymi") nie mogli zaspokoić w inny sposób, w szczególności poprzez korzystanie z ogólnodostępnych środków transportu. A, przepraszam bardzo, niby dlaczego??? Dlaczego nawet jeżeli mam pod domem centralny węzeł komunikacji miejskiej, a w nim m.in. 10 linii wiozących mnie spod domu do pracy, mam rezygnować z komfortu podróżowania własnym samochodem, za który zapłaciłem i który ktoś mi zniszczył, powodując wypadek w którym uszkodził mój samochód? Absurd. I nic nie zmienia w jego postrzeganiu próba wprowadzenia przez PIU kolejnych kryteriów, zgodnie z którymi emeryt dojeżdżający swoim autem po zakupy pieniędzy za samochód zastępczy nie otrzyma, zaś pan Kazio mający daleko do pracy już tak.

Kolejne "ale" to nałożenie na ofiarę wypadku obowiązku udokumentowania sposobu, w jaki dotąd korzystał ze swojego pojazdu. Proszę Państwa, radzę od dzisiaj zacząć prowadzić książkę wozu i zacząć zbierać pieczątki potwierdzające dojazd każdego dnia do poszczególnych punktów kontrolnych - np. stacji benzynowych - niczym zdobywcy Górskiej Odznaki Turystycznej, zaliczający kolejne szczyty. W innym wypadku czarno to widzę...

I jeszcze jedno: PIU przyznała sobie prawo arbitralnego decydowania o tym, ile powinna trwać naprawa. Każdy, kto miał nieszczęście naprawiać uszkodzony samochód wie, jak wiele nieprzewidzianych spraw może wydarzyć się w trakcie naprawy - od konieczności powtórnych oględzin i oczekiwania na potrzebne cześci począwszy... Mamy więc kolejny punkt zapalny i źródło sporów z góry zaprogramowane.

Koniec końców - miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle... Polska Izba Ubezpieczeń chciała pokazać, że idzie z duchem czasu i staje się taka, hmmm..., za przeprozeniem, prokonsumencka - tylko chyba trochę za bardzo zakorzeniła się w poprzedniej rzeczywistości... Znowu to poszkodowany będzie musiał udowadniać, że nie jest wielbłądem.

Dla porównania przykład zza zachodniej granicy: poszkodowany, który rezygnuje z wynajęcia samochodu zastępczego na czas naprawy, ma prawo żądać odszkodowania za pogorszenie standardu życia i zdecydować się z góry na dodatkowe odszkodowanie pieniężne. Inny przykład: jeżeli ktoś faktycznie korzystał z samochodu np. tylko raz w tygodniu do wyjazdu na działkę, faktycznie nie dostanie pieniędzy na auto zastępcze - ma jednak prawo na koszt ubezpieczyciela poruszać się taxi, co zapewni mu porównywalny komfort życia. I prawdziwie prokonsumenckie podejście: wg orzeczenia niemieckiego SN wypożyczalnie samochodów mają obowiązek informowania (ostrzegania!) klienta, jeżeli samochód wypożyczony na czas naprawy ma być rozliczany wg taryfy wyższej od normalnej, która mogłaby być zakwestionowana przez ubezpieczyciela. W innym wypadku różnicę zapłacą same wypożyczalnie.

Na "europejskie" standardy chyba więc jednak jeszcze trochę poczekamy...

 

Tagi: ubezpieczenia, samochód zastępczy


2010-06-20 21:34
 Oceń wpis
   

to z pewnością pomysł pobierania opłat za przejazd autostradową obwodnicą Wrocławia (AOW). Nie dlatego, że jak dotąd wszyscy święci się od tego odżegnywali, bo do zmiany zdania przez polityków wszelkich szczebli i orientacji w zależności od bieżących potrzeb (a raczej wiatrów...) zdążyliśmy się już przyzwyczaić... Po prostu dlatego, że pomysł to tak absurdalny, że aż niewiarygodny.

To, że wielkie miasta zatyka m.in. ruch tranzytowy, wiadome jest od dawna. Wiadomo jednak również, że poważny strumień ruchu generują sami mieszkańcy, przemieszczający się w ramach rozrastających się aglomeracji. W krajach, w których systemy drogowe zaczęto planować i rozbudowywać znacznie częściej, niż u nas (już wtedy zresztą czyniąć to bardzo perspektywicznie) od początku konsekwentnie przestrzegano jednej zasady: także tam, gdzie co do zasady obowiązywała odpłatność za przejazd autostradą, odcinki bezpośrednio przylegające do miast pozostawiano jako bezpłatne. I to niezależnie od tego, jaki stosowano system pobierania opłat: Czechy (system winietowy) - odcinki autostrad w granicach i przylegające do miast są bezpłatne. Włochy (bramki, system zamknięty) - wszystkie większe miasta posiadają bezpłatne obwodnice, umożliwiające przemieszcznie się mieszkańców peryferyjnych dzielnic  z pominięciem centrum (sztandarowy przykład to rozbudowane w ostatnich latach ogromnym nakładem środków rzymskei G.R.A.). Najwyraźniej w Europie zrozumiano, że istotną rolą miejskich obwodnic - przede wszystkim tych autstradowych - jest wyprowadzanie poza centrum zaróno ruchu tranzytowego (w tym przede wszystkim najbardziej niszczącego nawierzchnię ulic cieżarowego), jak i lokalnego - przede wszystkim łączącego peryferia, np. miejskie "sypialnie". Tylko kto z mieszkańców będzie z tego korzystał, jeżeli dzień w dzień będzie musiał słono za to udogodnienie płacić? A żeby było śmieszniej - i straszniej - za taki pomysł zapłacimy wszystcy: nadal stojąc w korkach, tracąc czas, degradując spalinami środowisko i w kółko remontując przeciążone miejskie ulice.

AOW powinna być bezpłatna. Więcej: przenieść należałoby także punkt poboru opłat zaprojektowany pomiędzy (!) dwoma prowadzącycmi do miasta zjazdami: Wrocław i Wrocław Wschód. Jedynym zdroworozsądkowym rozwiązaniem jest umieszczenie go za tym drugim zjazdem w kierunku Opola tak, aby odcinek autostrady A$ zafunkcjonował w ten sposób jako południowa obwodnica miasta (bo pewnie nie wszystkim jest wiadome, że szumnie nazywana AOW to tak naprawdę jedynie kawałek, obchodzący miasto od strony zachodniej i pólnocnej...)

Czy ktoś w Warszawie się obudzi i zrozumie, że dziury budżetowej nie można jednak zasypywać za wszelką cenę???

Tagi: autostrada, AOW, płatna


2009-08-03 01:00
 Oceń wpis
   

chyba pomyślała, że skoro rynek kredytowy taki trudny, to można spróbować połowić klientów na dość prymitywny haczyk.

Otóż na stronie banku stoi jako żywo, że kredyt mieszkaniowy można otrzymać przy następującym oprocentowaniu:

PLN od 6,12% WIBOR 3M + marża od 1,50%
CHF od 2,80% LIBOR 3M + marża od 2,40%
EUR od 3,67% EURIBOR 3M + marża od 2,40%
SEK od 3,35% STIBOR 3M + marża od 2,40%
NOK od 4,71% OIBOR 3M + marża od 2,40%
DKK od 4,91% CIBOR 3M + marża od 2,40%

Oferta wygląda dość atrakcyjnie, więc postanowiłem sprawdzić, gdzie jest haczyk. Otóż jest, i to już na początku: kredytu na warunkach takich, jak w tabeli, otrzymać sie nie da! Nie ma takiej kombinacji parametrów, która umożliwiałaby uzyskanie najniższej wskazanej prowizji - ani wysoki udział własny, ani jakieś wybrane rodzaje zabezpieczeń, po prostu nic tego nie umożliwia. Pracownik Nordei otwarcie mówi, że przy maksymalnym wkładzie własnym i po dużych negocjacjach można rozmawiac o marży na poziomie 2,95%, czyli o ponad pół % więcej niż teoretycznie oferowana.

Jak to się ma nie tylko do rzetelności banku Nordea, ale i do uczciwej reklamy? Chyba pogrzebiemy w przepisach o konkurencji...

Tagi: banki, nordea


2009-01-08 15:20
 Oceń wpis
   

Chciałem ostatnio skorzystać z usług banku BPH. Po ustaleniu szczegółów otrzymałem do podpisu umowę, której... nie podpisałem. Bank zaproponował bowiem taki zapis:

"Zlecenia płatnicze posiadacza rachundku skierowane do rozrachunku międzybankowego oraz wewnątrz Banku, realizowane są przy użyciu systemu informatycznego, w którym identyfikacja odbiorców zleceń płatniczych, następuje wyłącznie według numerów rachunków bankowych. Do należytego wykonania zlecenia płatniczego nie jest konieczne, by Bank lub Banki uczestniczące w rozliczeniu dokonały weryfikacji nazwy posiadacza rachunku odbiorcy.

Zlecenie płatnicze jest wykonane należycie, jeśli zostanie ono wykonane na podstawie numeru rachunku bankowego odbiorcy."

Otóż, Szanowni Państwo z BPH, pozwolę sobie nie zgodzić się z takim zapisem. To obowiązkiem Banku jest dołożenie szczególnej staranności w zakresie bezpieczeństwa przechowywanych środków pieniężnych, zaś obowiązek ten dotyczy także dyspozycji wykonywanych na polecenie posiadacza rachunku. Zapewnienie bezpieczeństwa depozytów jest jednym z najistotniejszych obowiązków banku, a sposób jego wykonywania jest najbardziej wymierną podstawą oceny jego wiarygodności. Dlatego wszelkie próby interpretacji przez banki postanowień zawartych w stosowanych przez nie wzorcach umownych, zmierzające do zaniżania standardów bezpieczeństwa powierzonych bankowi środków pieniężnych, powinny być oceniane jako zachowania sprzeczne z dobrymi obyczajami i celem umowy rachunku bankowego tak już dawno, bo 5 lat temu, orzekł Sąd Najwyższy. A ostatnio, bo w grudniu 2008 roku, odniósł się bezpośrednio do omawianej tu kwestii: W razie przesłania pieniędzy na błednie podany rachunek, niezgodny z nazwiskiem widniejącym w poleceniu przelewu, bank odpowiada za wynikłe z tego szkody. Jako podstwy odpowiedzialności Banku SN wskazał art. 354 par. 1 KC (realizacja zobowiązania zgodnie z jego treścią i celem społeczno gospodarczym, którym w tym wypadku jest znalezienie sie pieniędzy na rachunku bankowym adresata przelewu) oraz art. 64 Prawa bankowego, zgodnie z którym, jeżeli polecenie przeprowadzenia rozliczenia pieniężnego złożone przez posiadacza rachunku bankowego jest wykonywane przez kilka banków, każdy z tych banków ponosi wraz z pozostałymi solidarną odpowiedzialność wobec posiadacza rachunku za szkody spowodowane niewykonaniem lub nienależytym wykonaniem polecenia.

Wypada więc jak najszybciej wycofać się z niezgodnych z prawem zapisów umownych - tym bardziej, że użyte w umowach konsumenckich, są one po prostu niedozwolonymi klauzulami umownymi...



2009-01-07 11:55
 Oceń wpis
   

 

 

Powracający regularnie, w mniej lub bardziej obiektywnej formie, temat dostępu do zawodów prawniczych, pojawił się ostatnio w nowej odsłonie. Artykuł Marka Domagalskiego (RZ nr 276/2008) postawił wreszcie kwestię adekwatności uniwersyteckiego systemu kształcenia prawników oraz sposobu zdobywania szlifów zawodowych podczas aplikacji. Nie ze wszystkimi zaprezentowanymi opiniami, a w szczególności konkluzjami, można się jednak zgodzić.
 
Już od jakiegoś czasu podnosiłem problem niespójności uniwersyteckiego kursu prawa oraz oczekiwań i potrzeb praktycznego jego stosowania w praktyce zawodowej. Główną wadą polskiego systemu edukacji prawników jest jego przeteoretyzowanie i (zasadniczy) brak możliwości nabycia i ćwiczenia, ale także weryfikowania podczas studiów umiejętności praktycznego stosowania prawa. Dotyczy to zarówno właściwie prowadzonych zajęć ćwiczeniowych, odpowiednio uzupełnionych wykładów - a w końcu adekwatnie skonstruowanych egzaminów przedmiotowych oraz – przede wszystkim – egzaminu końcowego.
Należy powiedzieć otwarcie: nieporozumieniem i tanim populizmem jest domaganie się obniżenia wymogów merytorycznych, zarówno tych kwalifikujących kandydatów na aplikacje, jak i później – weryfikujących ich umiejętności podczas egzaminu dopuszczającego do wykonywania zawodu. Odwoływanie się do dużej ilości absolwentów prawa i rzekomo istniejącego moralnego obowiązku umożliwienia im dalszej kariery zawodowej jest manipulacją, żeby nie powiedzieć kłamstwem. Drzwi do zawodów prawniczych są dzisiaj otwarte, jedynym ograniczeniem jest poziom wiedzy. Nie istnieje jakikolwiek argument przemawiający za tym, aby odpowiedzialne zawody notariusza, adwokata czy radcy prawnego wykonywały osoby nie posiadające odpowiedniej wiedzy – tak jak nie ma powodu, by o sprawach zdrowia czy życia pacjentów decydowali niedouczeni lekarze. Podczas jednak gdy istniejąca praktycznie od zawsze ostra selekcja kandydatów na medycynę, a później na staże itd. jest powszechnie akceptowana – w przypadku zawodów prawniczych dążenie do zapewnienia profesjonalizmu pomocy prawnej jest krytykowane i błędnie utożsamiane z ograniczaniem dostępu do zawodu.
Jak długo jedynym „ograniczeniem” będzie wymagany, wysoki stan wiedzy – a tak jest już w tej chwili, i to od kilku lat – tak długo nikt uczciwy nie ma prawa zarzucać, że w sposób sztuczny, bezprawny czy nieuczciwy blokuje się absolwentom prawa dalszą karierę zawodową. Przeciwny pogląd jest oczywiście dość nośny medialnie i społecznie – jednak osadzony w krótkowzrocznej perspektywie doraźnych rezultatów, nie uwzględnia zaś społecznych konsekwencji obniżenia standardu pomocy prawnej świadczonej przez niedouczonych adeptów zawodu. Doprowadzenie do takiej sytuacji spowodowałoby najniebezpieczniejsze konsekwencje właśnie dla tej grupy osób, których dobrem obecnie w prowadzonej dyskusji najczęściej się szermuje: pokrzywdzonych przez sytuacje losowe, do tej pory rzadko bądź wcale nie korzystających z porad i reprezentacji prawnej.
Pozostaje natomiast otwarte pytanie, jak zamknąć rozwarte obecnie szeroko nożyce pomiędzy przygotowaniem przeciętnego absolwenta prawa z jednej, a potrzebami rynku i zawodów prawniczych z drugiej strony. Wypada tu zwrócić uwagę na kilka punktów.
Po pierwsze – o czym już wspomniałem – konieczna jest gruntowna reforma programu uniwersyteckich studiów prawniczych. Powinny one – szczególnie w ramach zajęć konwersatoryjnych czy ćwiczeniowych – od początku kursu tzw. przedmiotów kierunkowych zostać uzupełnione o elementy praktycznego stosowania prawa w formie grupowej i indywidualnej pracy z literaturą i orzecznictwem oraz rozwiązywania kazusów.
Po drugie – zasadniczej reformy wymaga system weryfikacji wiedzy studentów prawa. Powszechnie obowiązujący obecnie na większości uczelni system testowy jest rozwiązaniem z pewnością efektywnym – ale czy jest to narzędzie właściwe w dziedzinie, w której praktyczne zastosowanie zdobytej wiedzy polega na umiejętności logicznego myślenia, analizy, operowania słowem?
Po trzecie – dopiero w konsekwencji dwóch poprzednich kroków należałoby rozważyć formę, a może i zasadność utrzymania egzaminu na aplikację – to ostatnie jednak tylko wtedy, gdy jego funkcje mógłby przejąć egzamin kończący studia, który w tym celu musiałby zostać znacząco zmodyfikowany i z formalności towarzyszącej „obronie” pracy magisterskiej stać się poważnym, zestandaryzowanym egzaminem weryfikującym wiedzę nabyta przez absolwentów podczas całych pięciu lat studiów. Wzorem np. systemu niemieckiego – egzamin taki winien uzyskać status egzaminu państwowego. Wówczas jego odpowiedni wynik – np. od oceny dobrej wzwyż – mógłby uprawniać do wstępu na dalsze szczeble edukacji prawniczej – aplikacje sądową, prokuratorską, adwokacką, radcowską czy notarialną.
Korelacją przedstawionego rozwiązania powinien stać się egzamin kończący aplikację – również posiadający przymiot egzaminu państwowego, który byłby przygotowywany wspólnie przez Ministra Sprawiedliwości wraz z odpowiednim samorządem czy instytucją zawodową. Jeśli zostałaby w tym zakresie utrzymana odrębność poszczególnych zawodów – do przepływu pomiędzy nimi powinien uprawniać odpowiedni, np. pięcioletni, okres praktyki zawodowej.
To tylko krótki zarys pewnej możliwości zsynchronizowania mechanizmów edukacyjnych, które obecnie – funkcjonując niezależnie od siebie – powodują rozbieżność oczekiwań i prowadzą do proponowania rozwiązań, które – pomijając te całkowicie kuriozalne, napędzane populizmem – nawet jeżeli brane w pojedynkę mogą wydawać się interesujące, to brak im wpisania w czytelny schemat logicznie powiązanych etapów, których celem byłoby umocnienie dostępnego systemu kompetentnej i rzetelnie świadczonej pomocy prawnej w Polsce. W konsekwencji w debacie publicznej na ten temat pomija się tak istotne elementy, jak konieczność zachowania gwarancji niezależności i odpowiedzialności zawodowej, gwarancji odpowiedzialności majątkowej wobec osób korzystających z pomocy prawnej, a wreszcie – budowania świadomości prawnej w społeczeństwie. Dostęp do taniej pomocy prawnej – i to świadczonej przez profesjonalistów, radców prawnych i adwokatów – w wielu miejscach istnieje obecnie i to nie od dzisiaj – problemem jest niestety brak zapotrzebowania na taką pomoc w wielu sytuacjach, w których w dojrzałych społeczeństwach skorzystanie z usług prawnika jest codziennością.

Kilka słów wypada wreszcie poświęcić kwestii kursów przygotowujących do egzaminów na aplikację, poruszanej w cytowanym artykule w dość dwuznacznym świetle. Warto wspomnieć, że nowością są one w Polsce. W innych krajach – że odwołam się tu do znanej mi najlepiej rzeczywistości niemieckiej – są one zjawiskiem normalnym, funkcjonującym od lat, jeśli nie dziesięcioleci, na stałe wpisanym w system kształcenia prawników. Ich istnienie wcale nie jest poczytywane za dowód niewydolności systemu uniwersyteckiego. Są po prostu ofertą dla studentów, których poziom merytoryczny z natury rzeczy jest różny. Tzw. „Repetytoria” funkcjonują we wszystkich chyba ośrodkach akademickich, wydają własne podręczniki i skrypty. Szczycą się zajęciami prowadzonymi przez wybitnych wykładowców, często prawników – praktyków. Wiele z nich, działając od dziesięcioleci, posiada ugruntowaną markę. Natomiast nigdy nie słyszałem, aby zajęcia były w nich prowadzone przez osoby wchodzące w skład komisji egzaminacyjnych, czy też autorów pytań… Zamiast więc krytykować w czambuł nową u nas ofertę, lepiej byłoby zatroszczyć się, by od początku nie spadło na nią podejrzenie o korupcję, brak uczciwości i nieprzejrzyste powiązania.



2008-10-11 22:54
 Oceń wpis
   

Czy jakoś tak podobnie to było. Jedna z telewizji już kilka dni temu dopasowała - jakże trafnie - tę sympatyczną scenę ze "Shrecka" do nadal nakręcającej się, żałosnej wymiany komentarzy w sprawie zamiarów Pana Prezydenta, który oto zamyślił sobie wziąć udział w kolejnym szczycie. I to pomimo, że - jak na razie - nikt głośno nie wypowiedział się, że chce Pana Prezydenta tam widzieć.

Prawda, że Pan Prezydent jest głową państwa.

Prawda, że politykę zagraniczną prowadzi rząd, a Pan Prezydent z nim w tym zakresie współdziała.

Nie jest prawdą, że gdziekolwiek Pan Prezydent by się pojawił, tam będzie zawsze i wszędzie  przewodniczył wszystkiemu, cokolwiek się odbywa - tylko dlatego, że jest głową państwa i je reprezentuje.

Gdy Pan Prezydent pojawia się w Sejmie, Marszałek nie ustępuje mu swojego miejsca.

Gdy Pan Prezydent pojawia się w kościele - nie przejmuje przewodniczenia celebracji (choć upodobanie do występowania w pobliżu ołtarza, np jasnogórskiego w okresie pielgrzymek Radia Maryja, przejawia wyraźnie Prezydencki Brat).

Nawet, gdy Pan Prezydent wpada na pomysł zwołania Rady Gabinetowej, osobliwe to gremium jest "nierządzącym rządem", bo obradując w tej formie - zaiste, pod przewodnictwem Pana Prezydenta - nie podejmuje decyzji.

Skoro zatem Pan Prezydent odczuwa potrzebę pojawienia się na europejskim szczycie - należy potrzebę tę uszanować. Z pewnością, jeśli się tam wybierze, zostanie powitany z należnymi honorami.

A głos w imieniu Polski zaberał będzie przewodniczący delegacji, wyznaczony przez premiera, który jako szef rządu odpowiada za prowadzenie polityki zagranicznej...



2008-08-22 23:01
 Oceń wpis
   

Przeprowadzka już sama w sobie generuje wystarczająco dużo kłopotów i kosztów - okazuje się jednak, że na zmianie adresu postanowiły zarabiać również (niektóre?) banki. Okazuje się bowiem, że bankom nie wystarczy, jeśli zostaną poinformowane pisemnie o nowym adresie klienta. Spiesznie przygotowują w tej sprawie... aneks do umowy! I z uporem godnym lepszej sprawy twierdzą, że to jedyna droga, by były łaskawe owo novum przyjąć do wiadomości. Skąd ta gorliwość? Z taryfy prowizji i opłat, w której za wysiłek przygotowania aneksu do umowy przewidziano naturalnie stosowną opłatę (np. w BPH - "jedyne" 20 złotych). Znowu - jak napisał mi ostatnio jeden z Czytelników - niby wszystko w porządku, wszak taryfę należy czytać PRZED zawarciem umowy rachunku bankowego. JAsne, tylko czy czytając taryfę klient banku jest w stanie przewidzieć każdą, najbardziej absurdalną jej interpretację, na jaką Bank zechce wpaść w trakcie z reguly wieloletniej przecież umowy? Powoli przekonuję się, że to raczej niemożliwe, bo bankowa fantazja w tym względzie dawno zagęściła opary absurdu tak dalece, że nie sposób sie przez nie wzrokiem przebić...

Konkluzja? Po pierwsze, nie istnieje żaden uzasadniony powód, żeby przy kazdej byle drobnostce pozwalać wciskać sobie obowiązkowo płatną formę rozwiazania roblemu (np. - aneks).

Po drugie - zawsze można uświadomić Bankowi absurdalność narzucanej interpretacji i zaproponować... sporządzenie stosownego, prostego przecież aneksu samemu:-)

Po trzecie - jeśli Bank upiera się przy swoim - żądac odstąpienia od pobierania opłaty. Tam, gdzie aneks faktycznie jest potrzebny, bo chodzi np o uzgodnienie zmiany istotnych warunków obowiazującej umowy - zgoda, tak uzgodniliśmy podpisując umowę (powiazaną wszak z taryfą), zatem płacimy. Tam jednak, gdzie Bank usiłuje nas na ankes naciągnąc - "bo tak każą to robic nasi prawnicy", "bo takie mamy wewnętrzne instrukcje" itp. - prosze bardzo, chcesz mieć aneks, to miej, ale mnie kosztami tego chciejstwa nie obciążaj.

Jak zwykle namawiam do dyscyplinowania naszych Usługodawców i serdecznie Państwa pozdrawiam.

 



2008-08-03 22:36
 Oceń wpis
   

Pewnie tym razem znowu ktoś mi zarzuci, że najwidoczniej mam jakiś uraz na punkcie banków - ale co ja poradzę, że w nich jak w soczewce skupiają się pewne absurdy, tym razem - biurokracji.

Wraz z wejściem w życie Kodeksu spółek handlowych (a było to już ponad 7 la temu...) do polskiego prawa wprowadzono instytucję spółki w organizacji. Instytucję nader pożyteczną, bo wreszcie po 70 prawie latach braków w tym zakresie uregulowała ona status spółki kapitałowej "in statu nascendi", czyli pomiędzy jej założeniem a rejestracją. Spółka w organizacji, wzorowana na modelu funkcjonującym w krajach, w których rozwój ustawodawstwa i orzecznictwa w zakresie prawa handlowego nie został - jak w Polsce - na ponad 40 lat wstrzymany (m.in. niemieckiej Vorgesellschaft z jej bogatym dorobkiem orzeczniczym), raz na zawsze określiła, co wolno robić założonej, a jeszcze niezarejestrowanej spółce, kto za co odpowiada i co dzieje się ze zobowiązaniami w chwili wpisania spółki do Krajowego Rejestru Sądowego.

Wydawało się, że sprawa została w jasny i prosty sposób uregulowana. I tak też się stało, zbuntował się natomiast "czynnik ludzki". Najpierw - w urzedach skarbowych. No bo jak to, spółki nie ma, a my jej tu mamy NIP-y nadawać, do VAT-u rejstrować? Z czasem udało się urzedników przekonać, że tak właśnie ma to się odbywać. Kolejne były - a jakże - banki. Niekończące się korowody, przypominające odwieczne pytanie: co było pierwsze, jajko czy kura? - a dotyczące tego, co należy zrobić wcześniej, wnieść o REGON, NIP i rejestrację w KRS-ie, czy założyć konto bankowe. Na początku nawet na nic zdawała się argumentacja, że aby złożyć wniosek do KRS-u, trzeba wpłacić kapitał zakładowy, a to powinno zrobić się zwykle na konto... Bankowcy bywali nieugięci, doradzając wpłatę kapitału "do szuflady", bo bez wniosku do KRS z prezentatą oni konta nie założą... Na szczęscie w większości (nie we wszystkich!) banków te problemy to już historia.

Doskonale ma się natomiast biurokracja. Oto niektóre banki nadal żądają podpisywania w chwili wpisania spółki do KRS nowej umowy o prowadzenie rachunku - bo przecież to teraz już inna spółka! Na nic tłumaczenia, że spółka ta sama, że KSH po to właśnie expressis verbis przewidział sukcesję generalną związaną z wpisem do KRS-u, żeby takich kłopotów uniknąc - nie! Ma być nowa umowa i już. Ostatnio jeden z banków poszedł (a właściwie nalożałoby powiedzieć - wrócił się) jeszcze dalej, bo odmówił prawa dysponowania rachunkiem przed dostarczeniem mu opieczętowanego przez Sąd wniosku do KRS. Że bzdura? No to co, ale wewnętrzne zarządzenie banku jest święte i nie będzie mu tam jakiś KSH w tym mieszał. Pozdrawiam P.T. Kolegów - ekspertów prawnych DZ Bank w Warszawie i życzę im nadal dobrego samopoczucia:-)

Kiedyś prof. Zygfryd Siwik, główny twórca KKS, opowiadał, jak to podczas szkolenia dla inspektorów skarbowych w kieleckiem dwoił się  i troił, aby przybliżyć urzędnikowm nowe regulacje, a na koniec dwudniowego szkolenia usłyszął: "Panie Profesorze, a może byśmy tak nic nie zmieniali, bo wie Pan, u nas te kakaesy to nijak się nie przyjęły...?" Nic dodać, nic ująć:-)



2008-07-29 23:44
 Oceń wpis
   

 

 

 

Kolejny bankowy absurd objawił się dzisiaj, tym razem w banku BPH, który- wydawałoby się! -  po nieszczęsnych perypetiach z PeKaO SA i Unicredito powinien walczyć o klienta - np. uczciwością i przejrzystością procedur.

Chciałem oto dokonać transferu własnych - uwaga, bo dla dalszego rozwoju historii bedzie to miało podstawowe znaczenie! - firmowych środków, w EUR, z własnego (!) rachunku firmowego w BPH na własny (!) rachunek, tej samej firmy, żeby nie było wątpliwości, w innym banku. Cóż się okazuje? Pomimo, że wszystkie przelewy internetowe relaizowane są bezpłatnie, za ten należy zapłacić... ni mniej ni więcej, tylko 65 złotych! Dlaczego? Bo dla banku BPH jest to przelew... ZAGRANICZNY!!! Absurd? Jasne! Ale nie dla Ich Przemądrzałości pracowników BPH.

Domagając się bezpłatnego wykonania przelewu otrzymałem od bardzo przekonanego o własnej nieomylności Pana Konsultanta obszerny wykład o tym, że oto w Polsce obowiązująca walutą jest polski złoty, w związku z czym w nadwiślańskiem kraju nie wolno dokonywać płatności (!) w innej niż ów złoty walucie. Bank pieniądze i owszem, zgodnie z poleceniem przetransferuje, tyle że z użyciem procedury przelewu zagranicznego, bo chodzi w końcu o dewizy. Nie przekonało Pań i Panów z BPH, że ja żadnych płatności nie dokonuję, tylko spodobało mi się trzymać własne euro na własnym koncie w innym banku, do czego mam święte prawo. W kraju w euro nie wolno, więc każdy przelew w euro jest przelewem zagranicznym i w związku z tym za przelew zagraniczny bank pobierze opłatę. Że bzdura? Nieważne, ale usankcjonowana bankowym regulaminem oraz taryfą prowizji i opłat, do których przestrzegania się przecież własnym podpisem zobowiazałem.

Informuję zatem bankowych naciągaczy, że wg Prawa dewizowego ograniczeniom podlega co prawda  dokonywanie w kraju  "rozliczeń (w walutach obcych), z wyjątkiem przypadków, w których czynności te są dokonywane w dozwolonym, na podstawie ustawy lub zezwolenia dewizowego, obrocie dewizowym", jednak pojęcie rozliczeń w walutach nie obejmuje przesunięć wartości dewizowych w ramach własności tego samego podmiotu! Wynika to wyraźnie np. z ustawowej definicji obrotu dewizowego, którą warto zestawić z art. 9 pkt 15 tejże ustawy, statuującym to ograniczenie...

Zresztą - nawet gdyby założyć, że to BPH miałby rację, i obrót "własny" faktycznie podlegałby ograniczeniom, czyli bez uzyskania indywidualnego zezwolenia dewizowego byłby nielegalny  - to mam rozumieć, że bank umożliwiałby obejście tego ograniczenia, oferując swoim klientom fikcyjne - za to droższe - "zagraniczne" przelewy krajowe? Oj pokrętna to argumentacja... Ale widać nic nie jest dla banku BPH ani wystarczająco absurdalne, ani wystarczająco niegodne, jeżeli w zamian można naciąć klienta na 65 złotych.

Proszę zatem Państwa - Klientów tego i innych Banków - także i w tym wypadku nie dajcie się robić "w klienta" - czyli byt z definicji życiowo nieporadny, który da się pokonać REGULAMINEM i TARYFĄ, który o swoje i tak się nie upomni - a jakby już koniecznie chciał, to i tak pewnie uda sie go zniechęcić biurokracją reklamacyjną... A figę!

 



2008-05-04 23:09
 Oceń wpis
   

Gdy kiedyś po jednym z moich artykułów na temat bezprawnie pobieranych przez banki opłat karnych za opóźnienie w spłacie zadłużenia na karcie kredytowej przeczytalem redakcyjną notke, że poproszone o zajęcie stanowiska dwa "wywołane do tablicy" banki wycofały się z ich pobierania, poczułem niejaki smaczek delikatnej satysfakcji.

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy otwierając ostatnio kopertę od Citibanku znalazłem tam nowy regulamin wraz z taryfą opłat, a w niej ni mniej ni więcej tylko "opłatę za obsługę nieterminowej spłaty". Jest to nadal ta sama opłata, bezprawnie pobierana przez bank niezależnie od naliczanych w wypadku przekroczenia terminu spłaty odsetek. Przypomnijmy: odsetki są kosztem korzystania z obcego kapitału, i o ile mieszczą się w przewidzianych prawem granicach - nic nikomu do tego, w jakiej wysokości są ustalane. Klient sam decyduje, czy chce tyle za ów kapitał zapłacic, czy nie. Dalej, zgodnie z Kodeksem cywilnym, to odsetki są sankcją, jaką wierzyciel może obciążyć dłużnika opóźniającego się z zapłatą sumy dłuznej. Natomiast wspomniana opłata ma jednoznaczny charakter kary umownej, której ustalanie w przypadku zobowiazań pieniężnych jest niedopuszczalne. Nie ma przy tym znaczenia, jak opłata ta jest nazywana. Istotne jest, że ma ona przysługiwać bankowi automatycznie, w zamian za sam fakt nieterminowego spłacenia kredytu na karcie, w z góry określlonej wysokości. Powiedzmy wyraźnie: jest to opłata bezprawna.

Jeżeli bank twierdzi, że z powodu opóźnienia w spłacie zadłużenia powstają po jego stronie koszty - proszę bardzo, niech zarząda ich zwrotu. Ale wtedy będzie musiał te koszty dokładnie wyliczyć a swoje wyliczenie udowodnić.

Wydaje się, że jedynym środkiem pokazania bankom, że je także obowiązują przepisy, może być tylko masowy opór klientów - tym łatwiejszy, że oferta konkurecji staje się coraz szersza. Namawiam jednak do konsekwentnego dochodzenia swoich praw i nie rezygnowania ze składania reklamacji i konsekwentnego domagania się zwrotu nienależnych kosztów. Nawet jeśli 59 zl nie ma dla kogoś aż takiego znaczenia - niech zdobedzie się na reklamację w ramach zdrowego, konsumenckiego oporu...

1 | 2 | 3 |